False memory-Dean Koontz

"Aby dotrzeć tam, dokąd nigdy nie dotrzemy, stać się takimi, jakimi nigdy nie będziemy."

9 kwi 2012

- PRAGA -

Chciałam się z Wami podzielić paroma zdjęciami z mojej wycieczki do Pragi. Odwiedziłam tę piękną stolicę przed świętami wielkanocnymi. Był to wyjazd obfitujący w zwiedzanie, kosztowanie przysmaków czeskiej kuchni oraz iście wiosenny wypoczynek (pogoda dopisała). Naturalnie nie zabrakło i książek!


↑ Antykwariat ten odwiedziłam w drodze na górujący nad miastem Zamek Praski ( Pražský hrad). Na samym wzgórzu zamkowym miałam też okazję zobaczyć domek (zlokalizowany na Złotej Uliczce), w którym pod nr. 22 przez jakiś czas mieszkał Franz Kafka. ↓


Nie jest tajemnicą, że Czesi dużo czytają, a i rynek książki stoi u nich na bardzo wysokim poziomie. Nie mogłam się nadziwić, jakie to piękne wydania mają tam niektóre powieści – twarde oprawy, złocone litery, woluminy z zakładkami – szkoda tylko, że nie zafundowałam sobie żadnego z tych skarbów… Powód był prosty – nie znam czeskiego, więc bym sobie nie poczytała. Ale chociaż mogłam nacieszyć oczy ilością sklepów z książkami, których było naprawdę wiele.

Jako ciekawostkę napiszę Wam jeszcze, że w Czechach takich „miłośników książek” jak my określa się słowem „knihomil”, co oznacza człowieka, który "miluje knihy". W tym momencie pokuszę się o rym: kto knihy (książki) miłuje ten i zakładki chętnie kupuje! Powiedzonko to oczywiście znalazło odzwierciedlenie w praktyce… Skończyło się na trzech pamiątkowych zakładkach, ale byłam bliska zakupienia o wiele większej ilości… ↓


___________________________________________________________________________

Pragę zapamiętam jako miasto o niezwykłym klimacie. Ze swoimi licznymi zabytkami, urokliwymi kawiarenkami, antykwariatami, wąskimi uliczkami i alejkami spacerowymi z pewnością jeszcze przez długi czas będzie nawiedzać moje myśli.

AHOJ!

31 mar 2012

Lokatorka Wildfell Hall – Anne Brontë


Na taką książkę warto czekać. Taka książka może sobie liczyć setki stron, a nie znudzi choćby jedną. Takiej książki po prostu nie można przegapić. I całe szczęście, że lektura, którą miałam na myśli kreśląc poprzednie zdania, doczekała się polskiego tłumaczenia. Nie wyobrażam sobie bowiem, że nie dane by mi było poznać „Lokatorki z Wildfell Hall”. Książki, która swojego czasu wywołała skandal na rynku wydawniczym - uznana została za zbyt odważną w wyrazie, wręcz feministyczną. Autorka nie bała się przedstawić w osobie swojej bohaterki śmiałych poglądów, nie pozbawiła jej także równie śmiałych poczynań. A jeżeli ów autorka to jedna z trzech sióstr Brontë, to liczyć można na naprawdę wyborną lekturę. Zaiste talentu do pisania tym pannom nie brakowało!

Powieść, o której mowa, rozpoczyna się wraz z pojawieniem we dworze Wildfell Hall tajemniczej Helen Graham. Kobieta ta niechętnie mówi o sobie, a już najbardziej strzeże swojej przeszłości… Jej osoba wywołuje lawinę plotek  wśród okolicznego towarzystwa – mieszkańcy uważają, że kobieta skrywa jakiś niebywały sekret. Skryta i unikająca odwiedzin Helen tylko potęguje tworzenie coraz to nowszych mitów na swój temat. A jaka jest prawda, i co też skłoniło młodą niewiastę do ukrywania się w starym dworze, dowiemy się z dziennika, który pozwoli przeczytać pewnemu dżentelmenowi…

Początkowo książkę osnuwa aura tajemniczości. Stopniowo poznajemy losy Helen i jej przyjaciół. Dowiadujemy się co też wydarzyło się w jej małżeństwie, że zdecydowała się opuścić męża, co w ówczesnych czasach zakrawało na przestępstwo. I przyznać trzeba, że im dalej, tym jest ciekawiej. I choć nie ze wszystkimi decyzjami bohaterki zgadzałam się w stu procentach, a czasami wręcz dziwił mnie jej upór, nieprzebłagalność i denerwowały mnie jej żelazne zasady, to niewątpliwie obdarzyłam tę postać sympatią. Dlatego tez część powieści opowiedziana z jej perspektyw (dziennik) przypadł mi do gustu na równi z relacją narratora w męskiej postaci. 

Nie omieszkam wspomnieć, że całą książkę wypełniały zajmujące dialogi, co ważne dialogi o czymś, nie o pogodzie, czy intensywności zieleni… Czytało się ja niemalże jakby się było uczestnikiem dyskusji. A ileż w tych konwersacjach znaleźć można było prawd o ludzkim zachowaniu, o życiu w ogóle! Z zaciekawieniem śledziłam rozmowy bohaterów oraz i ich wewnętrzne rozterki. Bardzo wymownie to wszystko zostało przedstawione. Do tego stopnia, że pod sam koniec lektury, autorka co rusz mnie zwodziła, serwując liczne zwroty akcji. A ja ufnie wciągnięta w soczystą słowną grę, przewracałam stronę za stroną i z niecierpliwością oczekiwałam rozwiązania akcji. Chociaż z drugiej strony nie obraziłabym się, gdyby czekało mnie jeszcze kilkadziesiąt kartek tej zajmującej lektury. 

Cóż mogę dodać. Bezapelacyjnie zachwyciłam się tą powieścią. I choć miałam przyjemność czytać „Jane Eyre” oraz „Shirley” autorstwa Charlotte Brontë, to lektura „Lokatorki z Wildefell Hall” zdeklasowała obie te pozycje i od dziś umiejscawiam ją na pierwszym miejscu ‘Listy powieści kobiet z rodziny Brontë’. Nie muszę już chyba dodawać, że gorąco polecam tę publikację… Naprawdę warto się z nią zapoznać. 

Moja ocena: 6/6
Dane o książce: Anne Brontë, Lokatorka Wildfell Hall, Wydawnictwo MG 2012, s. 528.

-Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG -

24 mar 2012

"Pieśń imion" - Norman Lebrecht

Debiutancka powieść Normana Lebrechta to połączenie melodii ze słowem. Książka obfituje w nazwiska i utwory znane wszystkim fanom muzyki poważnej. Najbardziej zaś dotyka wirtuozów skrzypiec, a szczególnie jednego z nich… Ale nie tylko o nutach i koncertach tutaj mowa, „Pieśń imion” to także opowieść o niecodziennej miłości, zazdrości i zemście. Wszak nawet największy pasjonat gry na instrumencie nie żyje tylko graniem, a jego losy bywają pokrętne, jak to losy każdego człowieka.

Tak było i w przypadku Dowidla, chłopca, który uniknął krzywd holocaustu dzięki opiece żydowskiej rodziny z Londynu. Na obczyźnie znalazł nie tylko schronienie, ale i przyjaźń. Martin Simmonds – syn jego nowych opiekunów, stał się dla niego kimś bliższym niż rodzony brat. Więź, jaka połączyła obu chłopców, choć trudna do zdefiniowania, jawi się bardzo wyraźnie. Dowidl i Martin stają się nierozłączni, razem się wychowują, zdobywają pierwsze życiowe doświadczenia, razem pracują, spiskują i ukrywają rozmaite tajemnice. Wszystko to jednak do czasu…  Utalentowany Dowidl, w dniu swojego scenicznego debiutu znika bez wieści. Nikt zaś nie wie, co się z nim stało. 

Sam czytelnik także zostaje wtajemniczony w rozwiązanie zagadki dopiero pod koniec lektury. Czy to sprawia, że czyta się ją w napięciu, niecierpliwie łaknąc finiszu? Nie do końca. Narracja raczej z wolna idzie do przodu, serwując nam co rusz jakiś detal dotyczący muzyki, bądź obyczajów żydowskich. Zniknięcie Dowidla jest po prostu częścią historii, nie zaś elementem napędzającym akcję. Niemniej jednak wzbudza zainteresowanie. Tak samo jak treści dotyczące życia artystów.

I tak oto stworzył Lebrecht dzieło integrujące, pełne pozytywów, acz niepozbawione minusów. Na plus zaliczyłabym kreację dwójki głównych bohaterów: Dowidla i Martina, a także ten etap ich historii, w którym to mieszkali pod jednym dachem, wzajemnie sobie pomagali i wspierali się w trudach wojennych lat. To zdecydowanie była najlepsza część książki. Minus wędruje ode mnie za zbyt liczne nazewnictwo – od nazwisk artystów, poprzez terminy muzyczne, aż po nazwy utworów, np.: „Jan Sebastian Bach: Sarabanda z Partity d-moll numer 2”. Chwali się wiedzę autora, który niegdyś pracował jako komentator muzyczny i wiele na ten temat wie, ale dla laików muzyki poważnej, to może być za wiele…

Sięgając po „Pieśń imion” liczyłam na trochę bardziej klimatyczną lekturę, a jest to raczej ciekawa historia pewnej męskiej przyjaźni i wpływu, jaki miała ona na życie dwóch dżentelmenów. A wszystko przeplata muzyka przez duże „M”, więc miłośnicy tego typu wątków z pewnością będą usatysfakcjonowani. Ja może nie do końca odnalazłam się w tym muzyczno-literackim świecie utkanym ze słów i nut, ale nie mogę powiedzieć, że było źle. Powiem tylko, że mógł to być o wiele bardziej porywający ‘pisarski koncert’, natomiast był po prostu dobry.

Moja ocena: 4/6
Dane o książce: Norman Lebrecht, Pieśń imion, Świat Książki 2012, s. 320.

♪♫  - Za książkę dziękuję Wydawnictwu Świat Książki -  ♪♫

20 mar 2012

"Ostatnia kobieta wyrocznia" - Kei Miller


Dawno nie czytałam tak specyficznej książki, a może lepiej pasowałoby określenie egzotycznej, albo dziwnej…? To zły początek. Powinnam była zacząć od pytania: „cóż wiemy o Jamajce, czy to możliwe, że była tam kiedyś kolonia trędowatych”? A może lepiej byłoby napisać, że dość niezwykłe to zjawisko łączyć w jednej powieści Jamajkę z Anglią, religię z dziwnymi praktykami, a przypowieści z wierszem - na tym poprzestanę, bo mogłabym takie pary wymieniać i wymieniać. Tylko, że nie o to tutaj chodzi… Czyli o co?

O historię dwóch kobiet, które nazywały się tak samo. Pierwsza z nich dziergała piękne fioletowe serwety, których nikt nie chciał kupować. Matka, by wybić dziewczynie z głowy tą daremną robotę zagroziła, że będzie stała pod drzewem rosnącym obok ich chaty, dopóki ta się nie opamięta. I jak powiedziała, tak zrobiła. Ten osobliwy konflikt pomiędzy matką i córką, znajdzie rozwiązanie w kolonii dla trędowatych… Druga z kobiet, o tym samym nazwisku ma niezwykły dar. Potrafi przepowiadać nadchodzące kataklizmy: trzęsienia ziemi, huragany, powodzie. Na Jamajce uważa się ją za Kobietę Wyrocznię, zaś w Anglii trafia ona do zakładu psychiatrycznego. Żeby tego było mało, to trafia tam z rąk męża oziębłego uczuciowo, który jej nie znosi, a wpada w ręce o wiele gorsze, wręcz szatańskie…

Do całej historii trzeba jeszcze dodać Pisarza, który dość nieoczekiwanie pojawia się w życiu bohaterki (drugiej z kobiet) i ma co do niej bliżej nieokreślone plany. Oficjalnie, chce poznać historie życia kobiety, nagrywa więc jej opowieści, a potem zapisuje. Co ciekawsze – Pisarz i bohaterka konfrontują swoje wersje wydarzeń, bohaterka zarzuca Pisarzowi, że kłamie i wtrąca się w narrację przedstawiając prawdziwą wersję wydarzeń. Jest to dosyć atrakcyjny zabieg literacki, który potrafi zainteresować.

Muszę przyznać, że ponad to, co napisałam, ciężko cokolwiek dodać, bo i nie łatwo jest zrozumieć powieść Millera. Jest ona tak niespotykana w swym zapisie, w treści, przesłaniu, że doprawdy – interpretować ją można na wiele różnych sposobów. Z pewnością stanowi coś w rodzaju niezapomnianej czytelniczej przygody. Przygody, która zaskakuje, wprawia w zadumę, czy wywołuje uśmiech.

Mocna stroną „Ostatniej kobiety wyroczni” są wciągające treści. Niektóre z nich to takie teksty z przymrużeniem oka, podszyte dawką humoru, lekkiej ironii. Dla mnie jednym z najprzedniejszych opisów był ten dotyczący załatwiania spraw urzędowych. Kiedy to najpierw klient musi swoje odstać w kolejce, a gdy w końcu uda mu się dotrzeć do okienka ujrzy tam” trzy panie z trwałą ondulacja i zaciśniętymi ustami, dyskutujące długo i z ożywieniem o serialu Posiadłość Royal Palm (o którym nigdy nie słyszeliście) i obrzucając was pogardliwym spojrzeniem znad okularów, jeśli ośmielicie się powiedzieć ‘przepraszam, bardzo przepraszam”. Odpowiedzą wam wtedy chwileczkę, a potrwa to kwadrans”. A dalej jest jeszcze lepiej… Pocieszające jest to, że nie tylko u nas tak to wygląda.

Cóż więcej dodać – dla czytelników poszukujących w prozie różności, egzotyki i dużej dawki emocji – jest to książka jak znalazł. 

Moja ocena: 4+/6
Dane o książce: Kei Miller, Ostatnia kobieta wyrocznia, Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 224.